Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Narodziny w Gildii
Blog przystosowany do przeglądarki Firefox.


Namida



email: namida@autograf.pl *
skopiuj lub po prostu:

* jeśli ktoś zna mój inny adres, to może równie dobrze przesłać informacje na tam ten.



Wizyt:
63375
powered by: blog4u
Szablon i treść: Namida
załóż konto/bloga

Narodziny w Gildii

17/02/2008 17:45:17

Autor: Namida

Dwóch mężczyzn z posępnymi minami przeglądało zeznania i dowody. Siedzieli w ciemnym pomieszczeniu przy złączonych z sobą dwóch biurkach, na już niezbyt wygodnych obrotowych krzesłach. Mrok biura rozjaśniała jedynie jedna lampka, której mdłe światło pogłębiało uczucie odrętwienia.
Nic nie mieli, a minął już tydzień. Broń z czarnego rynku, chyba wyprodukowana przez jakiś gang. Ale co Marshall mógł mieć z nimi wspólnego? I jedyny świadek, szesnastoletnia dziewczyna, która nic nie widziała.
Gregor Rothfuss sięgnął po papierosa, wetknął go sobie do ust. Z dystansem spojrzał na zapalniczkę, dopiero za trzecim razem odpaliła. Powoli przybliżył płomień do końca papierosa. Zaciągnął się dymem, przytrzymał go w płucach zanim wydostał się wraz z jego oddechem. To była jego szansa rozwinięcia kariery. Morderstwo takiej grubej ryby jak Marshall. Rozwiązanie tego śledztwa zaowocowałoby z pewnością awansem. Przecież jego kariera policyjna dopiero się tak naprawdę zaczyna. Nie to, co Eddiego. On już niedługo będzie iść na emeryturę. Strzepnął popiół z papierosa do okrągłej popielniczki.
- Co za bagno. – Burknął Gregor uwalniając z płuc kolejną chmurę papierosowego dymu. – Mamy jakieś nagranie? – Merckx westchnął i anemicznie pokręcił głową.
- Koło łazienki były atrapy. To był zawodowca. Wiedział, co robi. – Przeczesał palcami swoje krótkie już posiwiałe włosy. Oparł się łokciami o blat biurka, splótł palce, na których wsparł podbródek. Całe muzeum było dokładnie monitorowane, za wyjątkiem okolic łazienki. Bo w końcu, kto będzie okradać łazienki? Złodziej papieru toaletowego?
- O co mogło chodzić? O pieniądze? – Rothfoss podrapał się w tył czaszki, po czym energicznie przerzucił parę świstków.
- Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ale w tym jest coś większego. Myślę, że ten staruszek miał swoje za uszami i dlatego zapłacił za to życiem. – Merckx podniósł zdjęcie postrzelonego Barryego Marshalla. Gregor zamarł z papierosem w ustach. Może i Eddy odchodził na emeryturę, ale jego doświadczenie i bystrość umysłu zawsze robiła wrażenie na Rothfussie, który marzył o wielkiej karierze.

W gabinecie o ciepłym odcieniu brudnej pomarańczy przez okno wpadały nieliczne promienie słońca, którym udało się przebić przez ciemnozieloną koronę odmiany wiśni Kiku-shidare-sakura, która cudownie kwitnie w kwietniu i maju. Przez otwarte okno można było słyszeć śpiew ptaków, co tak niezwykle uspokajał. Uczucie ciepła i przyjaźni potęgowały meble w odcieniu wiśni.
Moore siedział naprzeciw Nami, spoglądając na nią przymilnie. Oparł się wygodnie o obrotowe krzesło i przytknął dwa palce do ust. Ona nie patrzyła na niego, tylko przyglądała się własnym paznokciom.
- Jak się czujesz po morderstwie Marshalla? – Uśmiechnął się do niej życzliwie. Wzruszyła ramionami i wykrzywiła obojętnie usta.
- Jak … Bóg. – Zmrużyła oczy, zaciskając w prawej dłoni, palce lewej ręki.
- Jak?... Co chciałaś powiedzieć? – Michael przygiął się w stronę biurka, nadgryzając zębem płytkę paznokcia wskazującego palca.
- Prostytutka.
- Prostytutka i bóg? Co według ciebie oni mają ze sobą wspólnego?
- Ona… – Uśmiechnęła się lekko unosząc brwi, tym samym na chwile milknąc. – Jest jak bogini. Wedle własnego życzenia daje przyjemność… I… – Już zamilkła, nie dopowiadając dalej. Czując, że źle zrobiła rozwijając tą myśl.
- I?
- Nieważne.

Szósta Próba Siły. Wiek – piętnaście lat. Środek syberyjskiej zimy. Zaspy śniegu po kolana. Las, jezioro, McGover. Dziesięć kilometrów, pięć godzin. Kompas, letnia odzież. Zimno. Cholernie zimno. Trzydziestu uczniów. Rozkaz. Głupcy, którzy zaczęli biec, co sił. Tylko nieliczni zaczęli od marszu, aby rozgrzać mięśnie. Powiedzieli im, że ci, co nie dotrą do celu: zginą.
Mróz rozsadzał płuca, mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Oddech był coraz płytszy, każdy ruch sprawiał ból. Skóra pękała z zimna. Byle się nie zatrzymać, byle do przodu, na północ. I zaciskać zęby, i nie patrzeć na tych, co opadli z sił. Lekceważyć ich dramatyczne i rozpaczliwe gesty: wyciągnięte dłonie i niemy krzyk pomocy.
Błagalne szepty; pomóż mi… nie pozwól mi umrzeć… Nie pozwól… Nie pozwól umrzeć w samotności… Zostań ze mną… Zatrzymaj się. Zatrzymaj. Proszę… Nie zostawiaj mnie samego. Nie zostawiaj mnie samej. Proszę, przecież tak błagam… Boże, dlaczego każesz mi tak cierpieć…?
Ale Bóg nie słyszał, bo już zadecydował. Niech nie płaczą, niech nie błagają. Oni już wycierpieli. Za tamte życie. Za życie w grzechu i rozpuście. Za życie bogacza. Rozpieszczonego dziecka. Za życie… Pragnienie życia. Oni już płacą ostateczną cenę. Ale nie trafią do raju, bo go nie ma…
Przekleństwem był upadek. A jeszcze gorsza próba wstania. Po przebiegnięciu sześciu kilometrów prawie nie możliwa. Gdy antagonistyczne mięśnie nie chciały się skurczyć. Ten cholerny skurcz izometryczny – jak napięcie w mięśniach wzrasta, a jego długość się nie zmienia. I klęczysz w śniegu szukając sił, aby wstać, a ich brak. To cholerne pragnienie życia. Ten instynkt, który każe walczyć do końca. Gdy stężenie adrenaliny wzrasta w żyłach. I uda ci się wstać. Ochłap nadziei, że może uda ci się dojść do końca. I niewiedza, że przed tobą jeszcze cztery kilometry.
I tysiąc dwadzieścia jeden metrów dalej znów upadł, po raz kolejny Daniel – najlepszy przyjaciel Kyla Stanleya. Nie zatrzymał się nad nim, gdy mijał go dziesięć minut później, nie sprawdził, czy jeszcze żyje. Gdyby się zatrzymał sam by zginął.
Z pewnością, gdyby wiedział, jakie życie go czeka: zatrzymałby się. Uklęknął nad jego ciałem. Nie pozwoliłby, aby zamarł w tej tak kompromitującej pozie. Zamknął jego nieprzytomne powieki. I zmarłby, tuż obok niego.
Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Nie ma tej jedynej prawdy, raju, doskonałego szczęścia, Boga. Bo gdyby Bóg istniał pozwoliłby na to wszystko? Czy by pozwolił cierpieć niewinnym? A jeśli Nami ma rację? Jeśli ludzie od narodzin są skazani na zbawienie lub potępienie, to według jakich kategorii jest to przydzielane? Może ludzie przeznaczeni do zbawienia muszą przeżyć na ziemi piekło? Zresztą, czy możliwe, żeby istniał raj, skoro każdy człowiek nosi w sobie pierwiastek najczystszego zła?
Nami Stanley upadła dwa metry przed siatką ośrodka szkoleniowego w Rosji. Tak blisko celu, a jej zabrakło sił. Dwa metry. Dwa… metry. A ona leży w śniegu. Tak blisko, a w niej nadzieja zaczęła umierać. To był jej trzeci upadek. Im bliżej celu, tym częściej.
- Wstań! – Zabrzmiał stanowczy głos McGovera. Niczym grom, jakby przemówił Bóg. Wstań i idź. Tak Chrystus mówił. Czyżby przemówił teraz do niej?
- Nie… mam… siły… - Wyjęczała w śnieg, drżąc już nie wiadomo czy z zimna, determinacji, bólu, a może strachu? Kolejny ochłap nadziei. Szansa na dalsze życie. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że to początek jej klęski.
- Wstań! – Zebrała się w sobie, dźwignęła na kolana, powoli wstała. Na drżących nogach, pokonała dwa kroki i znów upadła. Jeszcze chwila. Tylko kawałeczek. Na czworaka, prawie doczołgała się pod nogi McGovera, łapiąc jego nogawkę zanim straciła przytomność. Chwycił ją za mokry t-shirt i na wpół przytomną przeciągnął po śniegu pod drzwi ośrodka.
- Zająć się nią.

Zielonooki brunet stanowczo po trzydziestce ze znudzoną minął przestawił gońca na czarnobiałej szachownicy. Niski staruszek przeklął pod nosem, drapiąc się po brodzie. Spojrzał przez okno ukryte za ciemnożółtymi pionowymi żaluzjami. Widok obejmował szkolne boisko i podwórko. Skrzydło szkoły z pracowniami oraz część internatu. Czarne skórzane fotele znacznie odznaczały się na jasnej, żółtej ścianie. Za plecami Marka Stanleya majaczyło jasno brązowe biurko. Z podobnego odcienia drewna była ręcznie zrobiona szachownica.
- Szach. – Burknął Michael, bawiąc się królową, zmrużył zielone oczy i ziewnął ostentacyjnie.
- I znowu wygrałeś Moore. Jak ty to robisz? – Rozłożył ramiona, po czym zepchnął pionki z szachownicy.
- Jestem psychologiem, tyle wystarczy panie Stanley. – Starzec wziął w dłoń białego króla. Przyjrzał się najpierw pionkowi, po czym przeniósł wzrok na bruneta.
- Czasem żałuję, że nie ty jesteś moim synem, tylko Steven. – Michael Moore jedynie niewinnie się uśmiechnął. Na niemrawy gest Stanley’a, zaczął ustawiać czarne pionki.
- Moore, jak tam rozmowa z Nami? – Postawił od niechcenia ostatni czarny pionek. Oparł się w fotelu przytknął dwa palce do ust. Chwilę się zamyślił zanim odpowiedział.
- Myślę… Że Nami brakuje motywacji i chęci mordu. Przyrównała się do prostytutki i zasłoniła bogiem. Gdybym na co dzień nie spotykał się z tymi gówniarzami, pewnie wcisnęłaby mi ten kit. – Pogładził palcem wskazującym usta i ponownie się zamyślił.
- Chęci mordu? – Powtórzył Stanley. Odkładając na końcu białego króla.
- Tak, ale to łatwo można zmienić. Zabawne, ona traktuje się jak prostytutkę, ale kto jest jej alfonsem? Kyle, Steven, czy pan, panie Stanley?
- Kyle? – Zdumiał się podnosząc krzaczaste brwi.
- Tak, jestem pewien, że z nim sypia. Pan zaczyna. – Mark przestawił białego konia.
- Więc, co proponujesz? – Zapytał obserwując ruch czarnego pionka.
- Na razie nic. – Stanley ponownie przestawił konia. – Należy poczekać. Jest cholernie inteligentna. – Biały koń został zbity. – Jeżeli zbyt wcześnie zaczniemy działać zauważy podstęp, a wtedy cel, który pragniemy osiągnąć da w łeb. Muszę porozmawiać z McGoverem. – Zirytowany Stanley bez namysłu przestawił kolejny pionek. Który również po chwili został zbity.
- A co z misjami, jak ona ma teraz działać? – Kolejny biały pionek został strącony z pola. – Wydałem na jej szkolenie tysiące dolarów! – I kolejny podzielił ten sam los.
- Na razie i tak jest odsunięta od misji, dopóki sprawa Marshalla nie ucichnie. Więc mamy czas. Niech pan mi zaufa, panie Stanley. – Przestawił czarną królową. Wstał z fotela, zrobił trzy kroki w stronę drzwi. Zatrzymał się i odwrócił. – Szach. – Skłonił głową i wyszedł. Stanley przyglądał się chwilę w milczeniu szachownicy. Uśmiechnął się i zaśmiał cicho.
- Cały Moore…

Piwne oczy obserwowały horyzont. Smutne wykrzywione usta, nieobecne spojrzenie. Szesnastoletni chłopak oglądał wschód słońca. Dochodziła piąta. Przygarbiony opierał się o ramy okna. Nie mógł spać. Na zmianę przyszywały go dreszcze gorąca i zimna. Raziły go kolory. Wszystko było zbyt wyraźne. Zbyt rzeczywiste, zbyt przygnębiające. Jego umysł był zbyt świadomy, był nieszczęśliwy. Brakowało mu tego proszku, co spoczywa w jego kieszeni.
Życie bez marzeń nie ma sensu. Nie powinien mieć marzeń. A ma. Takie jedno. Tak proste, i tak dla niego nie osiągalne. Chciałby założyć rodzinę. Wychować dzieci. Uczciwie zarabiać na jej utrzymanie. Borykać się z szarymi problemami życia codziennego. Nie musieć zabijać. Zapomnieć o tym, jak broń leży w dłoni. Jak ją się składa. Zapomnieć o rozprutych żołądkach, podciętych gardłach, rozdeptanym mózgu… Wieść życie szarego człowieka. Jednego z milionów. Z klasy robotniczej. Chciałby kochać i być kochanym.
Czy te marzenia są takie trudne? Czy aż tak wiele pragnie? Czuł, że za miliony cierpi. Że to on zbiera smutki tego świata, kumuluje w własnym sercu. I…
Urodził się w Gildii Złamanych Dusz. Należy do niej. Tu nie ma szczęścia. Jedynie nędzna jego podróbka. Dogłębne cierpienie Złamanych Dusz. I z każdym dniem odpadają jej kolejne kawałki. A kiedyś odpadnie ostatni. I wiedział, że nastanie dzień, kiedy już nie będą mieć Dusz. I staną się tacy jak ich opiekunowie. Zobojętniali, zimni, bezduszni…
Sięgnął do kieszeni. Otworzył malutki metalowy pojemniczek przypominający nabój. Odciągnął kciuk i pomiędzy nim a palcem wskazującym na wierzch dłoni wysypał działkę heroiny. Wciągnął wszystko, a leciutki biały nalot zlizał. Wytarł nos, po czym oblizał palce. Już zaspokoił swój głód heroiny. Już czuł się lepiej. Było lepiej. Kyle Stanley stał jeszcze chwilę w oknie internatu.


Namida

[Powrót]
Komentuj



Olka

16/03/2008 15:54:24
brak www
Fajny blog. Wejdz na mojego, przeczytaj REGULAMIN i ZGLOS SIE do ocenki...mam nadzieje ze bedzie pozytywna.


Magda

1/03/2008 15:51:03
brak www
Bardzo ładny blog i ciekawa notka.


Diablicaa

21/02/2008 20:13:30
brak www
. Bloog B.Ładny . x3 . Zapraszam na moje opkoo . ;**


Namida ;|

17/02/2008 21:17:57
brak www
popłacze się . Jedna na świecie namida była , ateraz sie od nich zaroiło T.T